MAX KIDRUK
KOLONIA. NOWE WIEKI CIEMNE, TOM I
przekład IWONA CZAPLA
Copyright © for Polish edition Insignis Media, Kraków 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone
Fragment 3
W powietrzu nad Jeziorem Edwarda, Afryka Środkowa
3 godziny 43 minuty po rejestracji wybuchu neutrin
przez detektor na stacji Amundsen-Scott
Czwarta godzina lotu towarowego airbus A650 kompanii Turkish Airlines dobiegła końca. Rejs TK43 wracał pusty z Johannesburga do Stambułu. Po lewej stronie, w fotelu dowódcy, siedziała czterdziestopięcioletnia Alara Tayfur, zielonooka, brązowowłosa kobieta o tak wąskich ustach, że sprawiały wrażenie pozbawionych warg. Jej partner, z którym pracowała przez ostatnie osiem lat, niedawno przeszedł na emeryturę, a dwa tygodnie temu jego miejsce w fotelu drugiego pilota zajął trzydziestoletni Erdem Menderes. Wylecieli ze Stambułu w poniedziałek rano, przewożąc do Republiki Południowej Afryki chemikalia, lekarstwa i części zamienne do maszyn rolniczych, a teraz wracali z pustą ładownią. Ten kraj przetrwał do końca pandemii, ale nadal jeszcze nie było tam nic, co można by z niego wywieźć.
Słońce zachodziło na czerwono. Na niebie ani chmurki. Liniowiec leciał tak gładko, że wydawało się, jakby w ogóle się nie poruszał. Zrelaksowany Erdem patrzył przed siebie sennym wzrokiem. Alara, wyciągając szyję, spoglądała na coś w prawym oknie kabiny. Wcześniej, przed pandemią, kursowała tędy nieustannie.
– Spójrz tam. – Wyciągnęła rękę.
– Gdzie? – Drugi pilot odwrócił głowę.
– Na wschodzie. Widzisz?
Erdem widział tylko zielone połacie tropikalnego lasu.
– Trzy lata temu było tam wielkie miasto – wyjaśniła Alara. – Mbarara. Regionalne centrum. A teraz wszystko zarosło.
Drugi pilot wytężył wzrok, ale nadal niczego nie dostrzegał.
– Zostało opuszczone z powodu temperatur?
– Nie.
Erdem rzucił okiem na mapę na ekranie; maleńki samolocik przecinał niebieską plamę opisaną jako „Jezioro Edwarda” i zbliżał się do linii z oznaczeniem 0° szerokości geograficznej.
– Jesteśmy na samym równiku.
– Tak, ale pod nami znajduje się Wyżyna Wschodnioafrykańska. Wznosi się tysiąc metrów, a miejscami więcej, nad poziom morza. Do tego góry wokół. A tam, przed nami – Alara wskazała północ – masyw Ruwenzori, wciąż pamiętam śnieg na szczycie Góry Stanleya. Dalej mamy wulkan Wirunga, a tam – ręka kobiety przesunęła się trochę na wschód – szczyty Imatongu. To Sudan Południowy. To znaczy kiedyś to był Sudan Południowy.
Pierwsza zabójcza fala upałów nawiedziła Kotlinę Konga na początku lat dwudziestych XXI wieku. W ciągu pięciu lat powietrze pod osłoną tropikalnego lasu nagrzało się do plus 50°C, a w miastach nawet w nocy temperatura nie spadała poniżej 30°C. W ciągu ostatniej dekady wilgotne i gorące masy powietrza w coraz większym stopniu przedostawały się przez pasmo górskie graniczące z zachodnią granicą Ugandy i zalewały środkową część Wyżyny Wschodnioafrykańskiej. Temperatura powietrza podskoczyła do plus 40°C i nie spadała przez tygodnie. Mimo to przed wybuchem pandemii clodis Ugandyjczycy jakoś sobie radzili.
– Zatem dlaczego ludzie stąd odeszli?
Alara wzruszyła ramionami.
– Nie wiem. – Jej przyjaciółka pracowała jako dyspozytorka konwojów humanitarnych w Kenii i opowiadała, że system opieki zdrowotnej w Ugandzie załamał się po pierwszej epidemii. Kiedy ludzie wyszli na ulice, Busara Adongo, ówczesny prezydent, uciekł do Tanzanii, po czym wszystko się posypało. Od tego czasu o Ugandzie można było dowiedzieć się czegokolwiek wyłącznie ze zdjęć satelitarnych. Teraz sytuacja została opanowana. ІАТА znowu dodało Kampalę do listy aktywnych lotnisk, a ONZ ogłosiła kilka dni temu utworzenie rządu tymczasowego. – Moim zdaniem nie mają możliwości wysłać kogoś, żeby sprawdził, co dzieje się na zachodzie. – Jeszcze raz wzruszyła ramionami. – No i wcale nie jest powiedziane, że ci ludzie faktycznie gdzieś poszli.
Erdem nachylił się do okna. Wschód już pogrążał się w zmroku, a z takiej wysokości woda w jeziorze przybrała brudnoszary kolor.
– Wyobraź sobie, że mielibyśmy tu wylądować – bąknął pilot.
– Niby dlaczego?
– No… – Erdem wykonał niezrozumiały gest. – Nagle coś się stanie, przymusowe lądowanie…
– Co niby miałoby się stać?
– Na przykład silnik nawali.
Alara zerknęła na niego podejrzliwie. Zastanawiała się, czy nie zapytać, kiedy ostatni raz miał do czynienia z taką awarią poza symulatorem lotu, ale powiedziała coś innego:
– Mamy wystarczająco paliwa, żeby na jednym silniku dolecieć do bieguna północnego.
– Tak sobie tylko wyobrażam. – Erdem obrzucił wzrokiem porośnięty krzakami brzeg jeziora. – Wcześniej latałem do Nowego Jorku i ciągle się tym martwiłem. Szczególnie w nocy. Nagle to, nagle tamto. Symulowałem różne sytuacje, układałem sobie w głowie, jak bym się zachował. A co, jeśli na środku Atlantyku zawiodą silniki i trzeba będzie wylądować na wodzie? A co, jeśli w chmurach uderzy piorun? Zawsze czułem się pewniej nad lądem. Jakoś tak… – Dostrzegając, w jaki sposób wpatruje się w niego Alara, Erdem dodał: – Nie uczono nas siadać na wodzie.
Alara potrząsnęła głową, całą sobą pokazując swój stosunek do jego nastawienia: po kiego diabła w ogóle zostałeś pilotem? Erdem się nie zorientował.
– Mam na myśli to, że kiedy lecisz nad ziemią, to w razie konieczności zawsze znajdziesz miejsce do lądowania. Mnóstwo lotnisk w okolicy, autostrady, a w ostateczności jakieś pole. A teraz…
– Co, teraz?
Pilot kiwnął w kierunku dżungli w dole.
– Nawet jeśli będziemy mieli szczęście i wylądujemy, spłoniemy tam, zanim nas uratują.
Na zachód i północ od Jeziora Edwarda wznosiły się grzbiety mające ponad trzy tysiące metrów wysokości, więc Alara wiedziała, że w przypadku awaryjnego lądowania nie grozi im udar cieplny, ale zamiast mu to oznajmić, zaczęła kpić ze swojego partnera.
– Albo znajdą nas islamiści i utną nam głowy.
– Mówiłaś, że pod nami nikogo nie ma.
– W Mbararze nikogo. Ale pod nami są góry. I wierz mi, upał nie jest tam problemem.
Erdem spojrzał na wyświetlacz. Jezioro Edwarda przesuwało się powoli w dół ekranu.
– Upał? Może być. Ale islamiści?
– W górach temperatura jest sprzyjająca i całkiem możliwe, że pandemia tutaj nie dotarła.
– Mówisz poważnie? – Erdem spojrzał na nią z niedowierzaniem. – Na dole mogą być islamiści?
Alara spojrzała na północ.
Latała tutaj setki razy i na własne oczy widziała, jak powoli, lecz systematycznie niegdyś żyzne ziemie północnej Ugandy pochłania pustynia.
– Na Saharze Południowej nie sposób się już ukryć, ale mogli albo udać się na północ, na wybrzeże Morza Śródziemnego, albo na południe, tutaj. I jakoś nie słyszałam, żeby w czasie pandemii Kair czy Aleksandrię szturmowali uzbrojeni w kałasze brodacze na technicalach.
– A niech cię… – Erdem się odwrócił.
Alara przesunęła palcami po wargach, ukrywając pełen zadowolenia uśmiech.
W następnej chwili komputer pokładowy wydał z siebie sygnał ostrzegawczy, a hałas w kabinie uległ zmianie. Oboje jednocześnie spojrzeli na wyświetlacze na panelu sterowania. Pionowy pasek pod napisem „ENG 1” – wskaźnik mocy lewego silnika – opadał i ostatecznie zrównał się do poziomego paska.
– Awaria silnika numer jeden! – krzyknął Erdem.
Alara nie była przesądna, ale łypnęła na niego tak, jakby miała ochotę wyrwać mu język. No to wykrakał!
Samolot przechylił się i wypoziomował – autopilot, kompensując utratę ciągu po lewej stronie, ponownie wyregulował powierzchnie sterowe na skrzydłach i ogonie. Alara spojrzała w okno i próbowała ocenić stan silnika. Nie było żadnych widocznych uszkodzeń. Przeniosła wzrok z powrotem na wyświetlacz. Żadnego powiadomienia o nieprawidłowym działaniu, pożarze lub zwarciu. Poziom paliwa był wystarczający, pompy zasilane, ciśnienie paliwa w normie. Silnik po prostu się zatrzymał. Jakieś diabelstwo.
– Ogłoś sytuację awaryjną. – Alara położyła dłoń na drążku bocznym, przygotowując się do przejęcia kontroli na wypadek wyłączenia autopilota.
Erdemowi pozostały negocjacje z Centrum Wsparcia Lotów w Aleksandrii. Poprawił zestaw słuchawkowy i nacisnął przycisk nadajnika:
– Pan-pan, pan-pan, pan-pan, TeKa czterdzieści trzy… Aleksandria-kontrola, tu TeKa czterdzieści trzy, czy mnie słyszycie? Odbiór!
Minęło kilka sekund, nim egipski kontroler odpowiedział.
– TeKa czterdzieści trzy, słucham was.
– Mamy… sytuację awaryjną. Awaria silnika numer jeden.
– Podajcie swoją lokalizację.
Komunikacja i wymiana danych odbywały się za pośrednictwem satelity, ale TK43 nadal znajdował się zbyt daleko, aby kontroler mógł go zobaczyć na radarze.
– Właśnie przelecieliśmy nad równikiem.
– Zrozumiałem. Wasza decyzja?
Erdem wbił wzrok w Alarę.
Na zachodzie znajduje się Kotlina Konga. Na północy leży martwy Sudan oraz nubijska i egipska pustynia. Nie ma sensu wracać. Do Kairu lub Aleksandrii cztery godziny lotu. Może więcej, biorąc pod uwagę, że będzie pracował tylko jeden silnik.
– Entebbe. – Alara postanowiła nie ryzykować. – Lotnisko w Kampali.
Erdem wcisnął przycisk nadajnika.
– Aleksandria-kontrola, tu TeKa czterdzieści trzy, chcielibyśmy wylądować w Kampali, na lotnisku Entebbe. Oczywiście jeśli to możliwe.
– TeKa czterdzieści trzy, zrozumiałem, skontaktuję się z kontrolerem w Kampali.
Alara opuściła przed sobą interaktywny panel z przezroczystego plastiku, na którym komputer pokładowy wyświetlał kartę kontrolną z listą działań w przypadku awarii silnika. Regulując panel, musnęła łokciem okno i gwałtownie odsunęła rękę, jakby coś poparzyło ją wrzątkiem. Zmarszczyła brwi, podniosła rękę i dotknęła szkła wszystkimi pięcioma palcami. Jej opuszki przeszyło piekące zimno. Syknęła. Szkło okazało się tak lodowate, że nie dało się utrzymać na nim palców dłużej niż kilka sekund.
– Co jest? – zapytał Erdem.
Alara sprawdziła temperaturę zewnętrzną: minus 72°C. Ściągnęła brwi. Minus siedemdziesiąt dwa!
– Temperatura…
– Co? – Drugi pilot nie zrozumiał.
Samolotem zatrzęsło, skończył się pas spokojnego powietrza.
– Spójrz. – Gdy tylko Alara wskazała wyświetlacz, temperatura spadła o kolejny stopień: minus 73°C.
– A… – Erdem zamarł z rozdziawionymi ustami.
Alara spojrzała na wskaźnik wysokości. Airbus osiągnął trzysta trzydziestą wartość poziomu lotu, a na takiej wysokości nad równikiem temperatura nie spadała poniżej minus 35°C. I jeszcze kilka minut temu taka właśnie była.
– To pomyłka – powiedział Erdem.
– Dotknij szyby.
Drugi pilot położył dłoń na szybie i od razu ją cofnął.
– O cholera!
W tej samej chwili informacja na wyświetlaczu się zaktualizowała: minus 74°C.
– Takich temperatur nie było tutaj od epoki lodowcowej – powiedziała Alara.
– Nie rozumiem…
Przerwał mu trzask zaburzeń atmosferycznych, a potem głos w słuchawce:
– TeKa czterdzieści trzy, tu Kampala-lądowisko, co się u was stało?
Ugandyjski kontroler mówił jakby z pełnymi ustami i z całej frazy Erdem w pierwszej chwili zrozumiał jedynie „Kampala-lądowisko”.
– Kampala-lądowisko, tu turecki TeKa czterdzieści trzy, proszę powtórzyć.
– Co wam się przydarzyło?
– Kampala-lądowisko, awaria silnika numer jeden, prosimy o pozwolenie na awaryjne lądowanie.
– TeKa czterdzieści trzy, zrozumiałem… widzę was na radarze. Wykonaj skręt w prawo, zero-jeden-pięć, zniżajcie się i utrzymujcie dwa-pięć-tysiąc.
– Kampala-lądowisko, zrozumiałem: zero-jeden-pięć, wysokość dwadzieścia pięć tysięcy.
Alara wprowadziła nowe parametry do autopilota, samolot zawrócił na wschód i rozpoczął zniżanie.
– Dobrze, spróbujemy go uruchomić. Gotowy?
Ponieważ to ona pilotowała liniowiec, Erdem musiał sam pracować nad ponownym uruchomieniem. Airbus A650 pomimo coraz silniejszych wstrząsów utrzymywał kurs, a ze względu na pustą przestrzeń ładunkową nawet wysokość (moc jednego silnika wystarczała do utrzymania wysokości), więc Alara postanowiła pomóc drugiemu pilotowi.
– Tak – kiwnął głową.
Przeczytała pierwszy punkt karty kontrolnej:
– Paliwo.
Erdem sięgnął ręką do przełącznika na wyświetlaczu, który łączył silnik numer jeden z drugim zbiornikiem paliwa, ale nie zdążył nic zrobić. Miarowy szum został zastąpiony grzmiącym dudnieniem i samolotem zatrzęsło. Światło w kabinie zdawało się przygasać. Alara opuściła głowę, wyjrzała przez frontowe okno i jej wzrok trafił na ścianę. A650 wleciał w chmurę. Spęczniałe od wilgoci stalowoszare kłęby uderzały o okna i kadłub. Wycieraczki włączały się automatycznie, rozmazując na szybie mętne krople. Miało się wrażenie, że liniowiec znalazł się w środku burzy śnieżnej.
– To grad? – jęknął Erdem.
– Nie! – Słowa ledwie przebijały się przez szum, Alara musiała krzyczeć. – To tylko chmura… wlecieliśmy w chmurę!
Airbusem trzęsło tak, że Alara dzwoniła zębami, mało nie przygryzając sobie języka, a jej głos drgał nieprzyjemnie.
– Skąd ona się wzięła? – Ledwie kilka sekund wcześniej niebo było czyste aż do samego Sudanu. Erdem wskazał na wyświetlacz. – Radar pogodowy jest pusty.
Alara zapięła pasy bezpieczeństwa i spojrzała w boczne okno. Miała nadzieję obejrzeć silnik, lecz na próżno: chmura okazała się nieprzenikniona, a już metr od kadłuba nie można było dostrzec niczego poza zmieszaną masą kryształków lodu czy kropli wody.
Cienie w kabinie zgęstniały jeszcze bardziej.
– Skąd ona się wzięła? – powtórzył Erdem zirytowany. Rzucało nim z boku na bok, tak że musiał chwycić się krawędzi fotela.
Alara przeniosła spojrzenie na wyświetlacz. Erdem mówił prawdę: radar pogodowy dziesiątki kilometrów naprzód pokazywał czyste niebo.
– To się zdarza… w chmurze jest zbyt wiele wilgoci… zamiast odbijać fale radiowe, pochłania je i nic nie dociera do odbiornika. System uważa, że przed nami jest czysta przestrzeń.
Katem oka zauważyła, że temperatura na zewnątrz spadła jeszcze o stopień, a wtedy usłyszała nowy sygnał ostrzegawczy.
– Co, do cholery? – Erdem aż podskoczył w fotelu.
– Drugi silnik! – krzyknęła Alara. – Zatrzymanie silnika numer dwa!
– Kurwa!
– Nie wierzę…
Po chwili autopilot się wyłączył. Alara mocno ścisnęła drążek sterowy na bocznym panelu. Erdem nacisnął przycisk nadajnika i zawołał głosem pełnym napięcia:
– Mayday! Mayday! Mayday!
– TeKa czterdzieści trzy? – odpowiedział kontroler z Entebbe.
– Mayday! Mayday! Mayday!
– TeKa czterdzieści trzy, określ swoją sytuację.
– Zatrzymanie silnika numer dwa!
– Silnika numer dwa czy numer jeden?
– Straciliśmy oba! – krzyknął Erdem. – Oba silniki!
– Eee…
– I mamy tu straszny chaos!
– TeKa czterdzieści trzy, przygotowaliśmy pas numer siedemnaście… Wasz pas to jeden-siedem. Zrozumieliście?
W najlepszych warunkach przy stracie wysokości rzędu trzystu metrów ich samolot mógł przelecieć niecałe pięć kilometrów, czyli w sumie nie więcej niż sto osiemdziesiąt kilometrów. Erdem skupił wzrok na mapie i wpadł w panikę.
– Nie dolecimy! Do Entebbe jest ponad dwieście kilometrów!
– Uspokój się! – fuknęła Alara.
– Nie dolecimy!
Alara skupiła się na panelu interaktywnym, nad którym migał jaskrawoczerwony tekst „RESTART ENG 1, 2”. Do diabła z zimnem i chmurami, najważniejsze jest ponowne uruchomienie maszyny.
– Paliwo – powiedziała z przekonaniem.
Erdem zamarł i nie reagował.
– Paliwo – warknęła Alara.
Drugi pilot w końcu się opamiętał.
– Przełączam zbiorniki. – Dotknął palcem odpowiedni przełącznik na wyświetlaczu.
Alara zauważyła parę wydobywającą się z jego ust.
– Pompy pomocnicze!
Jeszcze dwa pchnięcia.
– Obydwa są włączone.
– Selektor trybu pracy silnika na zapłon!
Erdem podniósł rękę do przełącznika nad głową.
– Tryb zapłonu, potwierdzam.
– Dźwignie kontroli trakcji na niskim gazie!
– Niski gaz. – Erdem przesunął obie dźwignie do oporu w tył. – Potwierdzam.
– Prędkość?
Na wyświetlaczu, naprzeciwko napisu „AIRSPEED”, świeciła się zielona lampka.
– Optymalna.
– I… – Alara wstrzymała oddech. – Start obu silników!
Erdem zdawał sobie sprawę, że od siły nacisku nic nie zależy, a mimo to wbił palce w ikony turbin na wyświetlaczu, tak że paznokcie mu pobielały. W końcu zabrał rękę, trochę odczekał. Wskaźniki zasilania nawet nie drgnęły.
– Rezultat negatywny!
– Start APU!
Erdem nacisnął przycisk APU, odczekał, aż pojawi się zielony sygnał, i odpowiedział:
– Uruchomiono APU.
To zawsze coś. Przynajmniej nie zostaną bez elektryki.
– Jeśli chodzi o to miejsce, o którym mówiłaś? – Erdem zerknął na Alarę.
– Mbarara?
– Tak.
– Jest opuszczona, nikogo tam nie ma.
Trzęsło nimi, jakby jechali samochodem po spękanej ziemi.
– Te nieopuszczone są poza naszym zasięgiem. – Erdem musiał się nachylić, żeby go usłyszała. – Jest tam jakiś pas startowy?
Alara nie wiedziała. Ale to i tak nie miało znaczenia.
– Już późno. Na tej szerokości geograficznej noc zapada błyskawicznie. Nawet jeśli jest tam pas, nie będzie oświetlony. W ciemności nie wylądujemy.
Jeden po drugim rozbrzmiało kilka sygnałów awaryjnych.
– Co znowu? – Alara zazgrzytała zębami.
Na monitorze przed drugim pilotem pojawiła się długa lista komunikatów o awariach. Erdem zaczął czytać:
– Utrata sygnału GPS… utrata łączności z satelitą… konflikt wysokości.
– Konflikt wysokości?!
Pokładowy komputer airbusa wyznaczał wysokość na dwa sposoby: poprzez wartość ciśnienia i odczyty radarowe dotyczące wysokości nad terenem. Ta druga metoda polegała na dodaniu do odczytów radaru wysokości terenu nad poziomem morza: komputer otrzymywał ją z satelity śledzącego samolot. Program porównywał obie wartości. Jeśli się różniły, komputer zgłaszał konflikt wysokości i anulował większość funkcji automatycznych. Alara o tym wiedziała, ale nigdy z czymś takim nie miała do czynienia.
– Nadajnik ADR/PTS musiał ulec awarii – zasugerował Erdem. – Nie mamy absolutnie żadnych danych nawigacyjnych.
Zatem satelita ich nie widzi. Alarę ogarnęło uczucie całkowitego osamotnienia pośród ciężkiej chmury, która trzęsła i szarpała samolotem. Kryła się za tym jeszcze bardziej irracjonalna potrzeba upewnienia się, że poza kokpitem wciąż jest ktoś, komu zależy na losie ich lotu, więc nacisnęła przycisk nadajnika:
– Kampala-lądowisko… Kampala-lądowisko… jesteście na linii?
– TeKa czterdzieści trzy, słyszę was.
– Mamy dodatkowe problemy… z awioniką.
– Jak mogę wam pomóc?
Nie spuszczając wzroku z wypełnionego komunikatami wyświetlacza, Erdem zwrócił się do Alary:
– Skok prędkości…
Przez ćwierć wieku w kokpicie Alara nigdy nie słyszała tego wyrażenia: podczas jej lotów nie było żadnego trybu, ani zwykłego, ani awaryjnego, do którego można by to zastosować.
– Kampala-lądowisko, zostańcie na linii. – Po tych słowach zwróciła się do Erdema: – Co powiedziałeś?
– Prędkość zmieniła się z czterystu do niemal pięciuset węzłów.
Tysiąc kilometrów na godzinę. Jeszcze trochę i samolot się rozpadnie w locie przez przeciążenia.
– Jak… nie… Przecież odczulibyśmy to… – Alara spojrzała na monitor, ale natychmiast zdała sobie sprawę, że bez łączności z satelitą nie ma z czym porównać prędkości.
– Coś z czujnikami – wydyszał Erdem, sapiąc. Pomimo chłodu w kabinie na jego czoło wystąpiły krople potu. – Wygląda na to, że SPS oszalał!
„Oblodzenie” – pomyślała Alara. „Czujniki pokryły się lodem”.
Głos kontrolera w słuchawkach ledwo przedarł się przez zewnętrzny hałas:
– TeKa czterdzieści trzy, czy wszystko u was w porządku?
– Kampala-lądowisko, czekajcie… – Alara chciała przede wszystkim ustalić, co jest nie tak ze wskaźnikami prędkości, lecz kontroler nie ustępował.
– TeKa czterdzieści trzy, zniknęliście z mojego radaru.
Alara i Erdem spojrzeli po sobie.
– Co?!
– Możecie mi podać… eee… wasz kurs? Wysokość? Jakieś punkty orientacyjne?
– Kampala-lądowisko, wlecieliśmy w gęste chmury, widoczność niemal zerowa. Kurs… – Alara rzuciła okiem na wyświetlacz i zaklęła. W przypadku awarii systemu ADR/PTS komputer pokładowy powinien był przełączyć się na kompas magnetyczny, ale strzałka na okrągłym wskaźniku skakała jak zwariowana, a wartości pod nią wyświetlały się w chaotycznej kolejności: 64… 329… 185… 19… Po lewej stronie migał na czerwono mały wykrzyknik.
„Kompas? Do diabła, nawet kompas?!”
– TeKa czterdzieści trzy? – przypomniał o sobie kontroler.
Alara skłamała:
– Kontynuujemy zero-jeden-pięć. – Prawdę mówiąc, nie miała pojęcia o kierunku, w jakim lecieli.
– TeKa czterdzieści trzy, powiedzieliście: „gęste chmury”? Na moim radarze nie widać żadnych chmur aż do Kisangani.
– Kampala-lądowisko, trzęsie nami niemiłosiernie. Lecimy pod wiatr… – Alara spojrzała na monitor i po raz drugi poczuła zgrozę. Sto czterdzieści dwa węzły! Wszystko, co przekraczało wartość siedemdziesięciu, było na tej planecie uważane za huragan. To po prostu niemożliwe.
– Dobrze… TeKa czterdzieści trzy, zrozumiałem… lądujcie… – W głosie kontrolera zabrzmiało coś w stylu urazy, jakby sądził, że go oszukują. – Na radarze świetna pogoda. Potwierdzają to dane satelitarne.
Silniki, system czujników pokładowych, łączność satelitarna, kompas magnetyczny… a teraz jeszcze kontroler w Entebbe nie widzi ich na radarze. Alara skupiła się na panelu interaktywnym. Wstrząsy sprawiały, że słowa były niewyraźne, wytężyła zatem wzrok, by dojrzeć cokolwiek. Komputer pokładowy na bieżąco zmieniał instrukcje na karcie kontrolnej, pozostawiając na samej górze listy jedną niezmienioną pozycję: LAND ASAP. Alara odsunęła panel na bok.
– Uruchom ponownie silniki – wydała polecenie Erdemowi. – Nie przestawaj, dopóki nie zadziała chociaż jeden z nich. Spróbuję nas stąd wyciągnąć.
Airbusem A650 telepało tak, że słowa wypadały z ust jak posiekane przez niszczarkę.
– Ciężko mi oddychać – wychrypiał Erdem.
Alara zmierzyła go wzrokiem; siedział blady, a jego twarz lśniła od potu. I wtedy zdała sobie sprawę, że ona również musi wkładać coraz więcej wysiłku w to, by nabrać tlenu w płuca. Nie było żadnego powiadomienia o obniżeniu ciśnienia. Poza tym nie doświadczyli uczucia zatkanych uszu i bólu głowy, towarzyszących spadkowi ciśnienia. Nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać.
– Maski na twarz! – Przesunęła przełącznik po lewej stronie głównego wyświetlacza.
Ze specjalnych wnęk nad fotelami wypadły dwie masywne maski tlenowe.
Dopiero gdy zimny tlen wlał się do gardła, łaskocząc je, a zawężone pole widzenia się rozszerzyło, Alara zdała sobie sprawę, jak bardzo cierpiała z powodu trudności ze złapaniem oddechu.
– Przyspieszamy! – Erdem dotknął wyświetlacza palcem.
– Nonsens. Czujniki pokryły się lodem. Zapomnij o tym.
– Ale nabieramy… nabieramy wysokości!
Alara nachyliła się nad monitorem. Wskaźniki na wysokościomierzu przesuwały się w dół, co oznaczało, że samolot się wznosił. Jak to możliwe przy zerowym ciągu?
– To szaleństwo… i to…
I właśnie to ją niepokoiło. Alara Tayfur latała od siedemnastego roku życia. Pokonała całą drogę od cienkoskrzydłych szybowców i małych czteromiejscowych samolotów turbośmigłowych do gigantycznych odrzutowców, takich jak model Airbus A650. W przeciwieństwie do Erdema potrafiła latać, a nie tylko wiedziała, jak pilotować samolot. I teraz zdała sobie sprawę, że wcale nie czuje się tak, jak powinna w stu dwudziestotonowym samolocie, którego silniki uległy awarii. Pomimo martwych turbin coś utrzymywało ich maszynę w powietrzu.
W następnej chwili uruchomił się system automatycznego powiadamiania o zagrożeniu przeciągnięcia:
– Stall! Stall! Stall!
Komputer pokładowy przechylił drążek sterowy do przodu, obniżając dziób i zmuszając samolot do zwiększenia prędkości. Ostrzeżenie o przeciągnięciu się urwało, ale w ciągu sekundy głośnik odezwał się spokojnym, mechanicznym, a przez to jeszcze bardziej przerażającym głosem:
– Overspeed. Slow down! Overspeed. Slow down!
Po raz pierwszy od wyłączenia silnika numer jeden Alara wpadła w panikę. Nigdy, ani w powietrzu, ani na symulatorze, nie słyszała, żeby te wiadomości powtarzały się jedna po drugiej. Żaden samolot nie może lecieć z nadmierną prędkością i jednocześnie wyślizgnąć się ze strumienia. To są sprzeczne zjawiska.
– Zwolnij! – wrzasnął Erdem. Jeśli będą nadal przyspieszać, kadłub pęknie z powodu przeciążenia.
Komputer podniósł spojlery, żeby zmniejszyć prędkość. Samolotem gwałtownie wstrząsnęło.
– Nie! – Alara zablokowała polecenie kilkoma kliknięciami; spojlery opadły. – Coś jest nie tak!
– Musimy obniżyć pułap! – krzyczał drugi pilot. – Wyprowadź nas z chmur!
Alara zacisnęła usta; pomimo potwornego zimna w kabinie krople potu szczypały skórę nad jej oczami. Najpierw musieli pojąć, gdzie właściwie są. Wdusiła przycisk nadajnika:
– Kampala-lądowisko, wciąż nas nie widzicie?
– T… czte… y… powt… c…
– Kampala-lądowisko, tu TeKa czterdzieści trzy, słyszycie mnie?
– …
– Kampala-lądowisko?
Odpowiedział jej szum zakłóceń radiowych.
„Do diabła”.
Maski tlenowe miały wbudowane mikrofony i w uszach Alary odbijał się echem ciężki oddech Erdema. Rozpraszało ją to.
– Uruchom ponownie silniki – zakomenderowała.
Potem wzięła głęboki oddech i przesunęła drążek sterowy do przodu. Airbus, dygocząc, skierował się dziobem w dół i zaczął zmniejszać pułap. Chwilę później komputer ponownie wygenerował ostrzeżenie o przekroczeniu prędkości, ale Alara pozwoliła mu delikatnie podnieść spojlery, choć nie przerwała obniżania.
Po pół minucie świszczący oddech Erdema ustał i w słuchawkach rozległ się głos:
– Silniki padły… Nic nie mogę zrobić…
– Kontroler – wycedziła Alara przez zęby.
Erdem kiwnął głową.
– Kampala-lądowisko, mayday, mayday, mayday… tu TeKa czterdzieści trzy…
Wszystko na próżno.
– Spróbuj wywołać Aleksandrię.
– Mayday, Mayday, Mayday, Aleksandria-kontrola… tu TeKa czterdzieści trzy, mamy nadzwyczajną sytuację… Aleksandria-kontrola, tu TeKa czterdzieści trzy, słyszycie nas? – Łamiący się głos tonął w syku i Erdem nie wierzył już, że ktokolwiek ich usłyszy.
Nagle chmury przed nimi zabarwiły się czerwonawym światłem.
– Wychodzimy? – ożywił się Erdem.
Alara nie odpowiedziała. Jej pozbawione krwi usta utworzyły ledwie widoczną linię przypominającą bliznę. Zmniejszyła nacisk na drążek. Samolot zaczął wyrównywać lot.
Kiedy po chwili wyłonili się z chmur, Alara nie mogła powstrzymać okrzyku:
– Siktir! Widziałeś kiedykolwiek coś takiego?!
Chmury nie były po prostu poszarpane i postrzępione – wyglądały tak, jakby rozwścieczone bóstwo rozszarpywało je tysiącami pazurzastych łap. Wiry zderzały się i splatały ze sobą. Stożkowate leje o postrzępionych krawędziach najpierw pęczniały, a potem zamykały się, jakby próbując zmiażdżyć wszystko, co pochwyciły w środku. Niebo pokrywała podświetlona purpurą pierzyna, rozciągająca się aż po horyzont, a jej powierzchnia – złowroga, ciężka od wilgoci — wręcz kipiała. Z najciemniejszych miejsc co jakiś czas wypadały ołowiane protuberancje, na które natychmiast rzucał się wiatr, wpychając je z powrotem w tę wirującą masę. A jednak fragmenty się odrywały i trzepocząc, przelatywały obok samolotu. Mknęły z niewiarygodną prędkością.
– Albo faktycznie mamy sześćset węzłów, albo… ja już nie wiem… – odezwał się szeptem Erdem.
Alara nachyliła się, żeby wyjrzeć przez boczne okno. Przyćmione światło skąpało krawędź skrzydła w migoczących falach przypominających ognie świętego Elma. Poniżej znajdowała się kolejna warstwa chmur, cieńsza i gładsza, przez jej szczeliny widać było martwą, czarną ziemię. Ten nienaturalny wygląd sprawił, że kobieta otrząsnęła się z szoku.
– Gdzie są góry?
Odwróciła się i wbiła wzrok w monitor. Komputer wyświetlał na ekranie jakąś mapę, ale bez komunikacji z satelitą nie był w stanie określić ich lokalizacji. Alara przełączyła nawigację pokładową w tryb skanowania. Zamiast kolorowej mapy wysokości wokół samolotu pojawiła się czarno-biała siatka reliefowa – ziemia pod liniowcem. Razem z Erdem zaczęli sie przyglądać plątaninie krętych koryt.
– Gdzie my jesteśmy? – zapytał Erdem.
– Nie rozumiem… Imatong… – Szkło maski pokryło się szronem i Alara przetarła je przedramieniem. – Góry powinny być po lewej stronie i przed nami. Gdzie one są?
Przesunęła palcami po wyświetlaczu, przybliżając obraz. Na ekranie pojawiły się niewidoczne wcześniej obszary. Przed nimi rozciągała się monotonna równina. Coś, co wyglądało jak pasmo górskie, nierówny teren o różnorakich wzniesieniach, pojawiło się na północnym zachodzie, z tyłu samolotu.
– Tam! Z tyłu.
– To nie Imatong – pokręcił głową Erdem. – Nie ominęlibyśmy ich.
– Góry są za nami! Trzeba zawrócić.
– Czekaj, ale słońce…
– Co słońce? – Alara obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.
– Jest za nami, na zachodzie. – Pokazał za siebie. – Cały czas poruszamy się we właściwym kierunku.
– Gdybyśmy poruszali się we właściwym kierunku, po naszej prawej stronie byłoby Jezioro Wiktorii. Polecieliśmy za daleko!
Erdem zmarszczył czoło. To niemożliwe. Minęło zbyt mało czasu. Po tym, jak skręcili na wschód, od gór na granicy z Sudanem Południowym dzieliło ich jakieś pięćset kilometrów. Jak do nich dotarli? Bez ciągu liniowiec wylądowałby na długo przed pierwszymi wzniesieniami. I wydaje się, że Alara nie zdawała sobie z tego sprawy.
– Posłuchaj, Alaro…
– Zamknij się i uruchom silniki. – Skupiła się na górach i nie chciała nic więcej słyszeć. – I skontaktuj się z kimś wreszcie.
Alara myślała, że słońce powinno już zachodzić, lecz zlękła się mglistych głębin, do których prowadziła ta myśl, i wyrzuciła ją ze świadomości.
– Powiedz, że zawracamy na Kampalę… powiedz, że się zniżamy i… i niech wskażą nam kierunek.
Erdem wdusił przycisk nadajnika, ale nie powiedział ani słowa. Przez szczeliny w chmurach na południu patrzył na nieznaną skalistą pustynię oświetloną zwodniczym, różowawym światłem.
– Boże, dlaczego jest tak zimno? – Alara oddychała ciężko. Najpierw założyła, że to w butli skończył się tlen, potem uświadomiła sobie, że wilgoć z oddechu zamarzła na ściankach przewodu doprowadzającego tlen i prawie całkowicie zablokowała w nim otwór.
Alara potrząsnęła maską. To nie pomogło. Spojrzała na wyświetlacz: minus 89°C za burtą. Wiatr czołowy sto sześćdziesiąt węzłów. To niemożliwe. Myśli w pozbawionym tlenu mózgu migotały jak żarówki, które zaraz się przepalą. Zdjęła maskę i stwierdziła, że w kabinie jest jeszcze mniej tlenu, więc założyła ją z powrotem. Ale dlaczego? Są już wystarczająco nisko, nawet gdyby doszło do dekompresji, powinni oddychać swobodnie. I jeszcze to zimno… i wiatr… i… Alara zatrzymała wzrok na fragmentach chmur, które migotały nad liniowcem. Szybko. Zbyt szybko. A jeśli czujniki nie oszukują? Wiatr czołowy o takiej sile wystarczyłby, aby utrzymać w powietrzu samolot pozbawiony ciągu. Ale jeśli tak jest, jeśli naprawdę trzyma ich wiatr od czoła, to przy próbie zawrócenia uderzy w ich bok i… To koniec. Zostaną zrzuceni z nieba.
Strach skumulował się w jej żołądku. Dłoń trzymająca boczny drążek była pokryta warstwą potu. Alara nie wiedziała, co robić. Masyw górski na zachodzie się oddalał.
– Zawracam – powiedziała schrypniętym głosem. – Wykonujemy skręt w prawo…
Następnie przechyliła drążek sterowy do przodu i w prawo. Sygnały z kokpitu trafiały do napędów lotek na krawędziach skrzydeł i do sterów w ogonie. Airbus A650 przechylił się i zaczął zawracać. Kabinę zalała czerwonawa poświata. Erdem Menderes, wyciągając szyję, spoglądał na zachód, skąd napływała, i nagle zawołał:
– Alaro, nie! – Wskazał coś za oknem. – To nie słońce!
– Co?
Zdążyła tylko kątem oka dostrzec dysk wciśnięty między chmury, pokryty siecią czarnych smug. Przypominał pomarszczoną, żółto-pomarańczową wakuolę. I wtedy w samolot uderzyło coś, niczym gigantyczny kij baseballowy. Maski tlenowe spadły z twarzy, fala uderzeniowa przetoczyła się przez kadłub, w ładowni coś pękło z przeszywającym, metalicznym zgrzytem. Samolot niemal przewrócił się do góry brzuchem; na wyświetlaczu czerwonym blaskiem rozbłysły dziesiątki ikon, a z głośników rozległy się ostrzeżenia:
– Stall! Stall! Stall! Stall! Stall!
Samolot zawisł, balansując na krawędzi skrzydła, a potem zaczął się przechylać, by ostatecznie, przy beznamiętnych komunikatach komputera pokładowego, nieustannie informującego o przeciągnięciu, runąć w dół jak kamień ku czarnej ziemi.