Fragment 4

Dyskusje na temat anomalnego wybuchu neutrin nie ustały w ciągu doby…

Pobierz PDF

Pobierz Epub

Posłuchaj audio

MAX KIDRUK
KOLONIA. NOWE WIEKI CIEMNE, TOM I
przekład IWONA CZAPLA
Copyright © for Polish edition Insignis Media, Kraków 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone

Fragment 4

Antarktyczna stacja Amundsen-Scott, biegun południowy
21 września 2141 roku

Dyskusje na temat anomalnego wybuchu neutrin nie ustały w ciągu doby.

Doktor Young chodził zły jak gradowa chmura. Doktor Barrett opuszczała salę konferencyjną tylko do toalety i sprzeczała się z doktorem Springfieldem, doktorem Tsujiharą i tuzinem innych naukowców na temat dalszego postępowania. Jayleen i Katia próbowały zrozumieć gigabajty danych pozyskanych z detektorów.

Wieczorem, około godziny 20.00 czasu nowozelandzkiego, emocje opadły. Pierwsza doba, podczas której doszło do najzacieklejszych sporów, spełzła na niczym. Naukowcy nie byli zgodni nie tylko co do przyczyny eksplozji, ale także co do jej nazwy. Jedyne, co udało im się zrobić tego dnia, to skontaktować z szefami Detektora Fal Grawitacyjnych z Caltech, orbitalnego Obserwatorium Promieniowania Gamma Pellegrini i Kompleksu Teleskopów Rentgenowskich na stacji Deep Space Habitat i dowiedzieć się, że żadne z obserwatoriów nie zarejestrowało nic niezwykłego.

IceCube także zamilkł.

Thelma Barrett i Stellan Young poszli spać. Jayleen również ukryła się w swoim pokoju, ale nie mogła zasnąć. W jej głowie kłębiły się rozmaite myśli, nie znajdując ujścia. Leżała przez chwilę z otwartymi oczami, po czym wróciła do centrum danych i kontynuowała przeglądanie raportów z detektora.

Znalazła w sieci uproszczony trójwymiarowy model Ziemi, załadowała go do edytora graficznego, a następnie przez cztery godziny, skupiona niczym chirurg podczas operacji na otwartym sercu, dodawała do niego linie, wzdłuż których leciały neutrina. Nie tylko z IceCube’a, ale także z innych obserwatoriów.

O 4.47 wzeszło słońce, a Jayleen nawet tego nie zauważyła. Uporała się z obliczeniami niedługo po piątej, po czym przez kwadrans szwendała się niespokojnie po pustych korytarzach stacji, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Odkryła coś i desperacko chciała się tym z kimś podzielić. Kilkakrotnie podchodziła do drzwi Thelmy, ale nie odważyła się zapukać.

Wreszcie, zdając sobie sprawę, że przed śniadaniem raczej nie spotka nikogo, wróciła do swojego pokoju. Nie chciała spać, poszła do łazienki i stała pod gorącym prysznicem, aż jej ciało zrobiło się czerwone, a skóra na opuszkach palców pomarszczyła. Umyła zęby i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Przygasły wzrok, pogryzione wargi, żyła na czole, która wyglądała, jakby miała zaraz pęknąć. Chyba powinna się zdrzemnąć. Przynajmniej spróbować. W tym momencie gdzieś na korytarzu trzasnęły drzwi. Jayleen wybiegła z łazienki i przyłożyła ucho do drzwi w samą porę, żeby usłyszeć kroki. Poczekała, aż ucichną, i wyjrzała. Thelma Barrett doszła do końca korytarza i skierowała się do schodów prowadzących na drugie piętro. Jayleen ubrała się pospiesznie, wzięła tablet i ruszyła za nią.

Zegar wskazywał godzinę 6.05. O takiej porze kucharz stacji nie zaczął jeszcze pracy i jadalnia była pusta. Jayleen zamarła w drzwiach. Thelma zrobiła sobie kawę, usiadła przy stole i leniwie przeżuwała kanapkę. Dziewczyna zakaszlała, żeby uprzedzić o swojej obecności. Stara nie zareagowała. Jayleen podeszła bliżej i powiedziała:

– Mogę…

Okna jadalni wychodziły na Sektor Cichy. Za nimi nie było nic poza zwałami lodu. Thelma sprawiała wrażenie niezainteresowanej niczym poza ponurymi cieniami, które przepływały między nimi.

– O co ci chodzi? – Stara nawet nie odwróciła głowy.

– Ja…

– Możesz, co? Przysiąść się? Wziąć krzesło? Zaproponować mi kawę? – Jej twarz była szara jak u człowieka, któremu brakuje powietrza. – Nie czytam w myślach, Honkala.

– Chcę z panią porozmawiać.

– No to mów. – Thelma wydłubała paznokciem kawałek szynki, który utkwił jej między zębami.

– Mogę usiąść?

Jayleen zrobiła ruch, jakby chciała usiąść na krześle obok, ale Thelma ostro zaprzeczyła:

– Nie.

Jayleen, która już prawie usiadła, podskoczyła jak oparzona.

– Przecież żartuję. Siadaj.

– Chcę porozmawiać o tym, co się wczoraj wydarzyło. – Jayleen przycupnęła na kraju krzesła.

– Tak? – Thelma zmierzyła ją obojętnym spojrzeniem.

– Wczoraj w nocy dokonałam kilku obliczeń… kiedy wszyscy spali.

Doktor milczała i Jayleen, spoglądając na nią, zdała sobie sprawę, że ona także nie zmrużyła oka.

Po chwili milczenia dziewczyna podjęła:

– Całą noc próbowałam zrozumieć, skąd przyleciały neutrina.

– Nie ty jedna.

– Na uniwersytecie nie miałam za bardzo do czynienia z matematyką… – Jayleen się zacięła. – Ale… kiedy mówię o matematyce, mam na myśli algebrę. Z geometrią natomiast było w porządku. Jeśli byłam w stanie wyobrazić sobie rozwiązanie zadania, łatwo sobie z nim radziłam. Ale jeśli zadanie było abstrakcyjne… wszystkie te formuły… nic dla mnie nie znaczyły.

Za oknem ponad topniejącym lodem unosiła się mgła. Jayleen mówiła dalej:

– Zatem żeby lepiej sobie wyobrazić sytuację, zaczęłam zaznaczać na modelu Ziemi kierunki, z których nadleciały neutrina. Sygnały pochodziły z określonych obszarów gwiaździstego nieba. Rejestrowaliśmy tutaj neutrina z Wielkiej Niedźwiedzicy, Małej Niedźwiedzicy i konstelacji Smoka. Na Antaresie neutrina nadlatywały z konstelacji Pawia, na detektor w Homestake z Wężownika; na Kamiokande z konstelacji Panny i Kruka. Mimo to nie znalazłam neutrin uzyskanych ściśle z jednego punktu. Wybierałam cząstki, które przychodziły jedna po drugiej, szukałam jakichś zależności, ale na próżno. Żadnych prawidłowości, ani czasowych, ani przestrzennych. I wtedy, patrząc na te wszystkie linie na modelu Ziemi, zdałam sobie nagle sprawę, że takie rozproszenie kierunkowe można łatwo wytłumaczyć.

Doktor Barrett drgnęła, słysząc słowo „łatwo”.

– Jak?

– Jeśli założymy, że źródło, które wyemitowało neutrina, znajdowało się bliżej, niekoniecznie na Ziemi, ale… znacznie bliżej nas.

Thelma potarła palcami worki pod oczami.

– Dyskutowaliśmy o tym wczoraj z ludźmi, na pewno nie byli głupsi od ciebie.

Jayleen z kamiennym wyrazem twarzy włączyła tablet, położyła go na stole i odwróciła się do Thelmy.

– Oto, co próbuję wytłumaczyć. Jesteśmy tutaj – pokazała na detektor w lewej części obrazu. – Jeśli źródło jest tutaj – jej palec przesunął się na kulę znajdującą się bliżej środka – to tylko nam się zdaje, że neutrina nadlatują z różnych punktów. Z przyzwyczajenia szukamy źródła wśród oddalonych obiektów, ale to błąd, rozumie pani?

Minęło trzydzieści lat, odkąd ktokolwiek zapytał Thelmę Barrett, czy rozumie, co się do niej mówi. Doktor spojrzała na Jayleen, jakby zaraz chciała ją uderzyć.

– I co to może być za źródło według ciebie?

– Sama pani wczoraj mówiła: coś takiego, z czym nigdy wcześniej się nie zetknęliśmy.

Thelma westchnęła. Zmęczenie dawało jej się we znaki. Nie miała siły na kłótnie.

– Mamy dane dotyczące setek tysięcy zderzeń. Wybierając tylko niektóre z nich, znajdziesz potwierdzenie wszystkiego. – Barrett odsunęła tablet. – To jest wynik fałszywie pozytywny. Kiedy wybrane dane zdają się potwierdzać twoją hipotezę, ale wyselekcjonowałaś je z tak wielkiego zbioru, że w rzeczywistości to niczego nie dowodzi.

– Tak, ale…

– Skończyłyśmy rozmowę.

– Nie, nie skończyłyśmy! Zdaję sobie sprawę, że to dość wątłe założenie, ale wiem też, że mogę je udowodnić lub obalić. Postanowiłam więc zignorować fakt, że neutrina przybywały losowo, po prostu próbowałam uśrednić kierunki; wszystkie, jakie miałam. Zaczęłam od dwóch dowolnych aktywności neutrinowych. Ich wektory tworzą kąt płaski, wyznaczyłam dwusieczną tego kąta i zaznaczyłam ją linią na diagramie. Następnie wzięłam pod uwagę kolejną aktywność i wyznaczyłam dwusieczną między jej wektorem a właśnie narysowaną linią. I tak dalej. Kolejno rysowałam dwusieczne pomiędzy jak największą liczbą…

– Wiem, co to są dwusieczne, Honkalo – przerwała jej Thelma lodowatym tonem.

– Dobrze. – Jayleen poczuła, że kończy jej się czas. – Uśredniłam dane dla każdego obserwatorium, które zarejestrowało rozbłysk, i otrzymałam cztery linie, wzdłuż których neutrina napływały do tych detektorów. I wie pani co?

Umilkła, czekając, aż Thelma zapyta: „co?”, ale ona kończyła kanapkę i nie patrzyła na nią. Idiotyczna pauza się przeciągała, a Jayleen, tracąc zapał, wyjąkała:

– Jak pani sądzi, doktor Barrett, jakie jest prawdopodobieństwo, że fałszywie pozytywne wyniki ze wszystkich czterech detektorów zbiegną się w tym samym punkcie?

Do tej chwili Thelma wyglądała, jakby była gdzie indziej, jednak po ostatnich słowach wszystko się zmieniło. Skupiła się na asystentce i Jayleen pomyślała, że nigdy wcześniej nikt tak nie przeszywał jej wzrokiem.

– Jeśli teraz mącisz mi w głowie…

Thelma nie dokończyła. Jayleen wyświetliła na ekranie obraz Ziemi i ponownie podsunęła jej tablet. Punktowe linie odchodzące z trzech widocznych z tej perspektywy detektorów przecinały planetę i w pewnym miejscu nad Afryką nakładały się na siebie.

– Wszystkie linie przecięły się w jednym punkcie.

Thelma Barrett wpatrywała się w nią co najmniej przez dwadzieścia sekund. Nie w trójwymiarowy model na ekranie, ale w Jayleen. I dopiero, kiedy ta powtórzyła:

– Wszystkie. Co do jednej. – Thelma przeniosła wzrok na obraz.

Jayleen odwróciła model: stacja Kamiokande zniknęła, za to pojawił się detektor z Homestake.

– Punkt na Ziemi? – zapytała Thelma.

– Prawie.

– Co to znaczy „prawie”?

– Nad Jeziorem Edwarda. Na wysokości kilku kilometrów. Przy granicy między Ugandą a terytorium, które niegdyś należało do Demokratycznej Republiki Konga. – Widząc, że udało jej się zetrzeć zarozumiały grymas z twarzy doktor Barrett, Jayleen ożywiła się, a jej wzrok pojaśniał: – Coś „rozbłysło” w powietrzu nad jeziorem, sypnąwszy na wszystkie strony wysokoenergetycznymi neutrinami.

– Ale nic tam nie było. W ciągu ostatniej doby nikt nie zarejestrował niczego niezwykłego w tamtym obszarze.

– Niezupełnie. Wczoraj rozbił się tam samolot towarowy.

Spojrzenie Thelmy Barret wyrażało jednocześnie pokorę i dezorientację. Jayleen upajała się tą chwilą.

– I ta katastrofa… – Thelma poruszała samymi wargami – zbiega się w czasie z rozbłyskiem?

– Nie – pokręciła głową Jayleen. – Samolot rozbił się cztery godziny później.

Thelma milczała przez chwilę, po czym chrząknęła głośno i wstała.

– Przygotowujemy artykuł. Ja, Tsujihara, Springfield. Jeszcze kilku darmozjadów z CERN-u. Cóż, a teraz również ty. Będziesz współautorką. – Stuknęła palcem w tablet. – Opiszesz wszystko, co właśnie powiedziałaś.

– Eee… – Jayleen czuła, że zaraz może zemdleć. – Oczywiście. Dobrze. Wszystko zrobię.

– Zarys artykułu powinien znaleźć się na moim biurku w piątek rano. Trzy akapity, nie więcej.

– Piątek rano, trzy akapity. – Jayleen pokiwała głową. – Będzie gotowy.

Doktor Barrett ruszyła do wyjścia z jadalni, ale po kilku krokach zatrzymała się i odwróciła.

– Tylko nie myśl, żeby pisać o samolocie. Zapomnij o nim zupełnie. Prześlemy artykuł do „Nature” lub „Science” i jeśli za naszymi plecami napomkniesz o zbiegu rozbłysku z katastrofą tego liniowca, przysięgam, że twoje następne artykuły nigdy nie wypłyną poza śmieciowe serwisy disinfopedia.org lub paranoiamagazine.com. Czy to jasne?

Jayleen wstała.

– Zrozumiałam, doktor Barrett.

Przez dobrą minutę po tym, jak Thelma zniknęła za drzwiami, Jayleen tkwiła z rękami złożonymi na blacie, próbując ustalić, czy doktor Barrett naprawdę do niej mrugnęła, czy tylko się jej przywidziało?